sobota, 31 maja 2008

Wieloprojektowość

Wyobraźcie sobie szpital, w którym operuje się chorych. Teraz kierownictwo tego szpitala, jako że chce skutecznie i szybko leczyć swoich pacjentów nakazuje aby natychmiast jak tylko pojawi się pacjent kierować go na potrzebną mu operację. Pomyślcie co się zaczyna dziać na salach operacyjnych. Jak jest jeden czy dwóch pacjentów to jest jeszcze dobrze, potem zaczyna być ich coraz więcej (kierowani są na operacje od razu jak tylko się pojawią). W końcu jest ich więcej niż zespołów lekarzy chirurgów i sal operacyjnych. Co w tym momencie robi kierownictwo szpitala? Nakazuje, żeby jeden zespół lekarzy wykorzystujący jedną salę operacyjną jednocześnie robił kilka operacji. Przecież Ci lekarze to świetni specjaliści, na pewno jakoś dadzą radę. Tak więc zaczyna się dzielenie czasu. Nad jednym pacjentem godzina, potem godzina dla drugiego. W miarę jak rośnie ich liczba zaczyna się problem z dostępnością sal operacyjnych. Anestezjologów zresztą też brakuje. W związku z tym tworzymy listy dostępności sali wraz ze ścisłym harmonogramem, który chirurg kiedy operuje którego pacjenta a który anestezjolog gdzie asystuje. Sale są dokładnie na godziny, więc nie można się spóźniać. Problem w tym co chirurdzy mają robić w czasie, gdy nie mogą operować swojego pacjenta, bo sala jest zajęta. Najchętniej by poczekali, ale szefostwo szpitala nie chce marnować drogocennego czasu chirurgów. Przecież to są świetni specjaliści i nie mogą w pracy spędzać "nieproduktywnych" godzin. W związku z tym szefostwo nakazuje chirurgom robić obchody w czasie jak ich (już "rozpoczęty") pacjent czeka na wolną salę. Skutek jest taki, że przestają zdążać na swój czas w harmonogramie dostępności sali, bo nie mogą się oderwać od obchodów. A jak już przyjdą i zaczną operować to jak tylko się dobrze "wdrożą" w danego pacjenta okazuje się, ze muszą go zostawić, bo w harmonogramie skończył się czas dostępności dla nich sali operacyjnej. Anestezjolodzy mają podobny problem.

Jesteście oburzeni takim podejściem? Kto by się chciał tam leczyć?

Teraz proszę podstawicie sobie w powyższym przykładzie zamiast "pacjent" to "projekt", zamiast "chirurg" to "programista" a zamiast "sala operacyjna" to "serwerownia" (czy dowolny inny zasób, który jest wystarczający rzadki w Waszym środowisku). Brzmi znajomo? Nikt nie zadaje pytania "kto by kupił projekt od takiej organizacji"?

Ciekawe jest, że branża medyczna, jakkolwiek niedoskonała, już od dawna potrafi sobie radzić z taką sytuacją. W prosty sposób: dedykowane zespoły, priorytetyzacja wykorzystania kluczowych zasobów (najpierw ten co ma życie zagrożone a potem ten co operacja plastyczna), kolejkowanie pacjentów zamiast współbieżności. Śmiem twierdzić, że nawet w Polsce statystyki sukcesów są dużo lepsze dla operacji medycznych niż dla projektów, w tym zwłaszcza projektów innowacyjnych. Znaczy, że takie rozwiązania działają. Teraz wypadałoby podpatrzyć czy u nas nei da się tak samo. I tutaj niespodzianka. Zarządzanie zwinne bardzo podobnie podchodzi do portfolio projektów jak szpital do operacji. To znaczy: zespół jest dedykowany do jednego projektu (nie wolno pożyczać ludzi), projekty robi się jeden po drugim a nie współbieżnie, a priorytety zapewnia właściciel produktu. Czyli podobnie. Ciekawe, dlaczego skoro w branży medycznej te zasady uznajemy za taką oczywistość w projektach już nie.

Brak komentarzy: