sobota, 22 października 2011

Kontrakty - co zrobić z fixed?

Ostatnimi czasu pokazało się kilka dość ciekawych postów na temat kontraktów agile, na przykład tutaj. Ja sam też kiedyś ten temat poruszałem tutaj. Od tego czasu wiele się jednak zmieniło, warto więc dołożyć trochę uwag wzbogaconych doświadczeniem.

Oczywiście idealną sytuacją jest kiedy możemy pozwolić sobie na zaawansowany i opierający się na zaufaniu kontrakt typu Capped T&M czy Cost Targeted. Niestety w dużej części  przypadków w świecie realnym jest tak, że z różnych powodów jedynym akceptowanym przez zamawiającego kontraktem jest fixed price (stała cena za wykonane prace). Takie ustawienie sprawy teoretycznie od razu wyklucza podejście agile, bo w tym momencie pierwsze co robi dostawca to domaganie się zdefiniowania fixed scope (stały zakres). Jak już mamy stały zakres i stałą cenę to gdzie tu miejsce na agile? Miejsca jest wbrew pozorom dość dużo.

Pierwsza rzecz to podejście iteracyjne do wykonywania projektu. Ten element jest dość często pomijany, natomiast wbrew pozorom bardzo ważny dla zamawiających. Chodzi o ograniczanie ryzyka. Jeżeli nie można wyeliminować ryzyka kontraktu (jest stała cena, więc i tak pojawią się koszty) to można chociaż próbować ograniczyć ryzyko produktowe. Czyli spróbować zapobiec sytuacji, kiedy klient dostanie coś, czego (w jego przekonaniu) wcale nie zamawiał. Z punktu widzenia zamawiającego jest ważne czy produkt projektu zobaczy dopiero raz, na samym końcu projektu czy będzie go widział często, mogąc go testować w trakcie. Zgodnie bowiem z panującym powszechnie przekonaniem klienta interesuje tylko efekt końcowy, ale przy okazji chciałby on osiągnąć go przy optymalnym ekonomicznie ryzyku. Dlatego wbrew powszechnie panującym przekonaniom klienta interesuje to, w jaki sposób dostawca realizuje projekt i jak ta realizacja wpływa na ogólne ryzyko całego projektu. Agile natomiast zmniejsza to ryzyko.

Kolejnym tematem jest wciągnięcie klienta w projekt. Zgodnie z wartościami agile interakcje między ludźmi są ważniejsze niż procesy i narzędzia. I to działa niezależnie od typu kontraktu. Znane mi są przypadki, kiedy dostawcy w sposób aktywny ograniczali dostęp zespołu wykonawczego do klienta. Co więcej kontakt z klientem ograniczał się do regularnych spotkań "na szczycie". Innymi słowy każda informacja przekazana przez klienta przechodziła przez trzy osoby zanim trafiła do programisty. Skutki można dość łatwo przewidzieć. Wszyscy działali w najlepszej wierze a klient i tak dostał nie to co chciał i za co myślał, że zapłacił. Tak więc komunikacja, komunikacja i jeszcze raz komunikacja. Oraz aktywne włączenie klienta w prace.

Trzecia natomiast rzecz to elastyczność w przejściu w tryb "variable scope". To najlepiej wytłumaczyć na przykładzie. Załóżmy, że realizujemy kontrakt typu fixed (stała cena, stały zakres). W połowie projektu klient orientuje się, że chce zmienić jedno z wymagań. Zwykle dlatego, że w jakiś sposób zmieniły się warunki prowadzenia biznesu. Co w takim wypadku może zrobić dostawca? Pierwsza opcja to przyjąć i wycenić "change request" (żądanie zmiany). Bardzo często po stawkach wyższych niż oryginalny projekt (jak to wpływa na jego wizerunek w oczach klienta?). Druga opcja to przyjść do klienta i powiedzieć mu, że może zrealizować tą zmianę w ramach obecnego kontraktu, ale konsekwencją jej zrealizowania będzie nie zrealizowanie całego wcześniej zakontraktowanego zakresu. Takie podejście to właśnie dążenie do projektu "variable scope". Oczywiście na wszelkie tego typu zmiany muszą istnieć później odpowiednie dokumenty (bo to w końcu zmiana warunków kontraktu). Zapewne zależy to od klienta, ale takie podejście może się spotkać z zaskakująco dobrym przyjęciem. Oczywiście również dlatego, że najważniejsze z punktu widzenia klienta funkcjonalności zostały zrealizowane na początku projektu, więc konsekwencje zmiany zakresu nie będą miały na nie wpływu, prawda?

sobota, 8 października 2011

Back

Od ostatniego postu minęło prawie dwa lata... Przez ten okres czas, który wcześniej przeznaczałem m.in. na pisanie tego bloga, pochłaniało mi coś zupełnie innego. Tak dokładnie to cały mój wolny czas pochłonięty był studiami Franklin University MBA. Generalnie bardzo polecam z dwóch powodów. Po pierwsze studia są realizowane w całości w języku angielskim, przez amerykańskich wykładowców, z amerykańskich książek i według amerykańskiego programu. Innymi słowy można się poczuć jak student amerykańskiej uczelni (a podejście mają zupełnie inne niż nasze uczelnie). Po drugie to studia studiami, ale najważniejsze w nich i tak jest poznanie wielu bardzo ciekawych osób, wymiana doświadczeń i uczenie się od siebie. Często dające nieporównywanie więcej niż książki i słuchanie wykładowców. Natomiast uczciwie trzeba też powiedzieć, że takie studia to potężne obciążenie czasowe odbijające się na życiu prywatnym. Amerykanie szacują, że skończenie ich wymaga wkładu około 6-8 godzin dodatkowej pracy co tydzień. Wydaje się, że to jeszcze nie jest aż tak duża tragedia, natomiast należy pamiętać, że zostało to policzone z założeniem, że językiem ojczystym studenta jest angielski. W przypadku gdy tak nie jest czas ten się wydłuża...

 Aby jednak odnieść się do tematyki tego bloga taka refleksja dotycząca innowacyjności. Studia MBA niewątpliwie są interesujące i dają dużo wiedzy, jednak dość ewidentnie widać, że większość z niej dotyczy "tradycyjnych" biznesów. Produkcja, dystrybucja, sprzedaż (w fizycznych sklepach) - takie elementy są bardzo dobrze zbadane, opisane i istnieje ogrom wiedzy pozwalającej na doskonalenie stosowanych tam systemów. Natomiast nie ma bezpośredniego przełożenia tej wiedzy na nowe technologie i nowe media. To nie wynika nawet ze "starości" samej koncepcji studiów czy też niewiedzy wykładowców. Czytając amerykańskie książki akademickie wydawane w roku 2010 czy też 2011 zaskoczony byłem tym jak mało jest tam modeli i teorii znajdujących bezpośrednie zastosowanie w firmach nowych mediów czy nowych technologii. Raczej należało wszystkie teorie przekładać na te realia wykonując dość dużą pracę koncepcyjną. Na szczęście w źródłach reagujących szybciej niż podręczniki akademickie (np. amerykańskie edycje HBR) widać, że coraz częściej autorzy interesują się właśnie zwinnymi firmami nowych technologii. Co też będzie wpływało na kolejne posty na tym blogu :)

Mam dużą nadzieję, motywację i plan, żeby posty na tym blogu znów pojawiały się regularnie. Może nie aż tak często jak kiedyś, ale regularnie.